Przygotowałam wywiad z Justyną  – English Speaking Mum. Jest to mama dwujęzycznego synka, która prowadzi bloga www.englishspeakingmum.pl/, gdzie pokazuje jak wprowadzać do domu języki obce. W swoim sklepie sprzedaje własne ebooki z gotowymi wyrażeniami dla rodziców, dwujęzyczną książeczkę dla dzieci, która sprzedała się już w setkach egzemplarzy i to wszystko w ciągu jednego roku. 

1.We wstępie dla tych, którzy nic nie wiedzą o Tobie, co najważniejszego byś chciała o sobie powiedzieć?

Chyba najbardziej chcę podkreślić fakt, że to nie było tak, że jako lingwistka i tłumaczka od początku byłam przekonana, że swoje dziecko będę wychowywać dwujęzycznie. Nie było i nie jest to też dla mnie w życiu żaden priorytet. Mam zasadę, że w życiu staram się nie robić niczego wbrew sobie. Na pierwszym miejscu stawiam dobre samopoczucie i szczęście własne oraz swojej rodziny. 

2. Jak wyglądała Wasza droga do wielojęzyczności?

Przygoda z językami obcym w naszym domu zaczęła się, jak na dzisiejsze czasy, stosunkowo późno, bo przed 2 urodzinami synka. Na pewno wpływ na to miało wyniesione ze studiów przekonanie, że wprowadzanie języków u dzieci ma sens jedynie wtedy, gdy jeden z rodziców mówi wyłącznie w języku obcym (tak zwana metoda OPOL). A ja nie chciałam w imię wyższej idei pozbawiać się możliwości rozmów z moim dzieckiem w języku polskim. Odpuściłam więc temat zupełnie, ciesząc się rozwojem mojego malucha i jego postępami w mówieniu po polsku. W wieku około 21-22 miesięcy, gdy już pojawiły się pierwsze proste zdania, kupiłam dla mojego synka pierwszą książeczkę po angielsku. Trochę z ciekawości, trochę dla siebie, aby urozmaicić sobie nasze zabawy. Wybrałam na początek książkę o króliczku Bingu, bo znaliśmy już jego przygody. Ku mojemu zdziwieniu synkowi w ogóle nie przeszkadzał fakt, że była ona w zupełnie innym, obcym dla niego języku. Domagał się, abym czytała ją nonstop. Bardzo szybko zamówiłam kolejne książki, zaczęłam drukować własne karty obrazkowe i wprowadzać mu angielskie słówka, aby ułatwić rozumienie kolejnych pozycji. Zaczęliśmy słuchać angielskich piosenek oraz bajek, w tym o Bingu, bez wizji (bajki zaczęliśmy puszczać dużo później). Powoli rozkręcałam się i mówiłam coraz więcej. Niezwykle motywujące było to, że bardzo szybko maluch zaczął wplatać angielskie słówka, a kilka miesięcy później odpowiadał mi prostymi zdaniami. Niestety jestem osobą, która raczej żyje chwilą i nie skupia się na notowaniu, nagrywaniu i dokumentowaniu. Pewne jest, że mniej niż rok później, naszym głównym językiem komunikacji był już angielski – synek mówił w nim płynnie. Chwilę później, aby nie było nudno;) wprowadziłam język niemiecki.

3. Jak wygląda wasz dzień, ile czasu w przybliżeniu poświęcacie na język angielski, ile na niemiecki, ile na polski?

Nie ma jednej, prawdziwej odpowiedzi na to pytanie. Nasza przygoda z wielojęzyczność trwa już dwa lata, więc nasze dni wyglądały różnie w zależności od wielu czynników. Oczywiście na początku drogi pomału zwiększałam czas z angielskim – sama potrzebowałam czasu na „rozgadanie się”, mimo ukończenia studiów językowych, miałam problemy z codziennym i „okołodzieciowym” słownictwem. Jest to nieuniknione, gdyż się go po prostu nigdy nie uczymy. Tradycyjna nauka w szkołach i na kursach jest nastawiona na przyswajanie słownictwa potrzebnego w rozmowach między dorosłymi na dorosłe tematy. Szybko założyłam notatnik, podczas dnia notowałam sformułowania, których nie znałam/ nie byłam pewna, a po nocach wertowałam słowniki i Internet. Dziś te wyrażenia znajdziecie w moich ebookach😉

Ebook z gotowym ,,okołodzieciowym” słownictwem w zdaniach

Na początku więc, jako niezwykle podekscytowana naszym nowym przedsięwzięciem, mówiłam w porywach przez 80% naszego dnia. Muszę tu podkreślić, że nie jestem mamą chodzącą do pracy (pracuję wieczorami i weekendami), więc tego czasu zawsze mieliśmy dużo. Miałam oczywiście gorsze okresy, gdzie języków było mniej, o czym napiszę poniżej. Natomiast gdy dziecko samo już zna drugi język, to często to ono jest inicjatorem Waszego czasu w tym języku. Był okres, gdy to język angielski był preferowanym językiem mojego dziecka i wtedy automatycznie mówiliśmy więcej po angielsku (z drugiej strony ja nie czułam wtedy potrzeby pilnowania się). Gdy natomiast widziałam, że język polski zaczyna dominować (np. latem na podwórku w otoczeniu polskiego przez większość czasu), wtedy świadomie staram się trzymać angielskiego w domu.

Co do drugiego języka obcego, czyli niemieckiego to od początku był „plan minimum”. W założeniach chciałam, abyśmy konsekwentnie codziennie mieli kontakt z tym językiem przez przynajmniej kwadrans dziennie. W odniesieniu do niemieckiego natrafiłam jednak na utrudnienie w postaci braku płynności w mówieniu spowodowanym długoletnim nieużywaniem tego języka. W przeciwieństwie jednak do naszych początków z angielskim, nie mam czasu na siedzenie po nocach i naukę, bo do mojego planu dnia doszło prowadzenie bloga i sklepu. Nie poddaję się jednak, bo widzę wspaniałą rzecz. Mimo tak ograniczonej ekspozycji moje dziecko kolejny język chłonie jak gąbka! Jeśli macie cokolwiek wynieść z tego wywiadu, niech to będzie właśnie to: Nawet kwadrans dziennie ma znaczenie! Synek potrafi budować proste zdania, rozumie wszystko, co mówię, ogląda bajki w tym języku. I to przy minimalnym nakładzie pracy i biorąc pod uwagę to, że mi daleko do płynności w tym języku. Zatem Wy też możecie!

Dwujęzyczność to nie sprint, a maraton.

Słowem podsumowania: tak jak już wspomniałam jestem osobą, która stara się do niczego nie zmuszać, więc u nas od zawsze panowała metoda mieszana. Mówię po angielsku lub niemiecku wtedy, gdy mam na to ochotę.Staram się jednak elastycznie reagować na to, jak sytuacja u nas aktualnie wygląda. Jeśli jesteśmy u dziadków na tydzień, to ustawiam sobie tryb „anglojęzyczny”, aby podtrzymać angielski przy życiu;) Jeśli widzę, że angielski ma się dobrze, a mam na to siłę, to podganiam nieco niemiecki. Jak mam ciężki okres, to nie robię nic na siłę. Robię plan minimum, czyli codziennie na pewno czytamy coś po angielsku i niemiecku, na pewno w tle leci coś do słuchania w tych językach, a ja się staram chociaż trochę po obcemu zagadać. Na luzie. Jak nie dziś, to jutro. Dwujęzyczność to nie sprint, a maraton. Powiedział ktoś mądry, ale nie pamiętam kto. 

4. Jaką masz radę dla początkującej mamy, od czego ma zacząć, jak się przygotować?

Nie odkładać na kiedyś. Zacząć od dziś. Według mnie najłatwiej zacząć od książek, bo po prostu bierzesz je i czytasz. Czytać dużo, wciąż nowe pozycje – nie znam lepszego sposobu na szybki start. Spróbować omawiać książkę jedynie w obcym języku, tak aby czas z książką był czasem imersji w danym języku. Jak czegoś nie wiesz, zapisuj i się dowiaduj. Możesz zadawać pytania na prowadzonej przeze mnie grupie na FB „Mamy mówią po angielsku – pogotowie językowe”. Jak zobaczysz, jak dziecko szybko łapie, dostaniesz kopa motywacyjnego i pójdzie już z górki. Po prostu zacznij!

Dwujezyczna książeczka Niko dostępna w sklepie

5. Czy miałaś momenty kryzysowe, że nie dasz rady wytrwać w wychowaniu wielojęzycznym, Jak je pokonałaś?

Ja wielojęzycznego wychowania nie traktuję jak zadania do wykonania. Traktuję to tak jak wszystko inne: jak ćwiczę z dzieckiem w kolorowanie, to nie mam myśli, że „to nie ma sensu, nie dam rady go nauczyć/nigdy się nie nauczy”. Wiem, że kolorowanie ma wiele korzyści i cokolwiek robimy w tym kierunku i cokolwiek z tego wyniesie, będzie super. Tak samo ze śpiewem czy jazdą na rowerze. Nie mam żadnych „ambicji”. Dopuszczam myśl, że kiedyś może przyjść bunt, i dziecko zdecyduje, że nie chce w danych językach mówić i według mnie ma do tego prawo. Ja mu daję prezent, ale co z nim zrobi, to jego decyzja – podobnie odpowiedziała mi jedna z mam w wywiadzie na moim blogu i dokładnie tak samo to widzę. 

Tym samym oczywiście miałam momenty kryzysowe, ale nie były one spowodowane brakiem wiary, tylko po prostu brakiem sił. Jestem człowiekiem i czasem mi się po prostu nie chce. Bywało, że były to dość długie okresy bardzo okrojonego zaangażowania z mojej strony. To normalne i ludzkie, że gdy mamy inne zmartwienia i problemy, to nie jesteśmy w stanie działać tak jak na co dzień. Jedna bardzo ważna rada, o której pisałam kiedyś na swoim Instagramie: zaakceptuj taki stan rzeczy, nie dołuj się, a jak ten stan minie, to po prostu otrzep się i działaj dalej. Po prostu wróć. Tyle i aż tyle. Chodzi o to, aby się nie poddać na dobre. Życie nie jest czarno-białe, że albo Ci się uda albo nie. Wszystkie Twoje działania mają znaczenie.

6. Jeśli mamy starsze dziecko (powyżej 3 roku życia) i dopiero chcemy zacząć wprowadzać drugi język, a spotykamy się z niechęcią, co byś poradziła?

Podejście na luzie. Najważniejsze, aby dziecka nie zniechęcić. W każdym wieku zachęcam do niepatrzenia na to, co robią i polecają inni, ale do podążania za swoim dzieckiem. Jeśli uwielbia traktory, to na pierwsza książkę kup taką o traktorach, a nie książkę o Spocie, bo tak polecają na blogach. Ja nie polecam wspierania się językiem polskim, ale jeśli Twojemu dziecku jest to potrzebne, aby poczuć się bezpiecznie, to tłumacz na polski i olej wypociny English Speaking Mum. Zaraź dziecko entuzjazmem. Jeśli lubi się bawić w sklep, to powoli spróbuj zacząć się bawić w jego ulubioną zabawę po angielsku (np. za pomocą anglojęzycznego klienta w postaci pluszowej pandy?). Włóż wtedy w to 1000% swojego wewnętrznego animatora, aby dziecko błagało cię o kolejną zabawę w tym języku:)

7. W ilu językach będziecie się komunikować w domu za kilka lat?

Nie zależy to w 100% ode mnie mnie i nie łudzę się, co do tego. Może w 4, bo synek ostatnio zainteresował się hiszpańskim, a ja rozwijam swoją ofertę w sklepie o ten język i sama mam wielki apetyt, aby odświeżyć lektorat ze studiów. Może w 1, bo w wieku, gdy rówieśnicy będą najważniejsi, będzie chciał jak najbardziej dopasować się do grupy. Nie ma to dla mnie znaczenia. Wiem, że korzyści płynące z wielojęzycznego wychowania zostaną. Języków nie zapomni z dnia na dzień, zostanie również łatwość w nabywaniu kolejnych.

W jakimkolwiek języku będziemy się komunikować, ważne jest dla mnie, aby komunikacja ta była pełna miłości i zaufania.

8. Czy jeśli chcesz porozmawiać na skomplikowane, trudne tematy z twoim dzieckiem przechodzisz na polski?

Nie. Angielski mojego synka jest w tym momencie na równym poziomie z polskim, więc nie ma takiej potrzeby. Czasem przy innej okazji powtarzam po polsku, aby usystematyzować słownictwo, bo jak zawsze mówię o czymś po angielsku, to widzę, że brakuje mu potem słów po polsku i na odwrót. Natomiast w silnych negatywnych emocjach bardzo często przechodzę na polski i uważam to za fajną rzecz nawet dlatego, że angielski zostaje językiem raczej pozytywnych emocji:)

9. Kto Cię najbardziej inspiruje, gdzie czerpiesz motywację? 

Motywację czerpię z chwil, gdy słyszę z pokoju obok, jak moje dziecko bawi się, mówiąc do siebie piękną zaawansowaną angielszczyzną. Gdy po przeczytaniu niemieckojęzycznej książki, natychmiast się przestawia i zadaje mi pytanie o treść po niemiecku. Naprawdę nie trzeba żadnej zewnętrznej inspiracji i motywacji. Natomiast na początku drogi inspirowali i motywowali mnie wszyscy rodzice, którzy pisali na grupach na FB o swoich doświadczeniach. Pokazywali, że to naprawdę działa, że można, że dzieciom się nic nie miesza, dzielili swoimi radami. Teraz ja chcę oddać to, co od nich dostałam, kolejnym rodzicom. Dlatego właśnie piszę bloga.

10. Jak we wstępie napisałam, osiągnęłaś bardzo dużo w krótkim czasie, założyłaś sklep z własnymi produktami i jesteś jedną z najpopularniejszych propagatorek wychowania wielojęzycznego. Co oprócz ciężkiej pracy było kluczem do tego sukcesu?

Ciężka praca. Nie ma niestety drogi na skróty. Ale na pewno dużo daje to, że temat ten to moja ogromna pasja. Myślę, że od strony technicznej byłabym w stanie rozkręcić bloga czy sklep na jakikolwiek inny temat, który jest mniej niszowy i cieszy się większą popularnością. Natomiast brak pasji i zaangażowania byłby z pewnością wyczuwalny. Myślę, że ogromną siłą jest wkładanie w to, co się robi, swojego serca. Swoje materiały tworzę nie tylko dla innych, ale także dla swojej rodziny. Działam w tej niszy, bo naprawdę bardzo zależy mi, aby idea dwujęzyczności zamierzonej została spopularyzowana w całej Polsce. Także z osobistych pobudek: stworzyć lepszy świat dla mojego dziecka i przyszłych wnuków. Aby bycie dwujęzycznym/wielojęzycznym przestało być w naszym społeczeństwie czymś dziwnym.

12. Jeszcze pytanie gratisowe, zafascynował mnie fakt, że uczyłaś się szwedzkiego. Ja sama uczę też szwedzkiego, ten język jest moim hobby od liceum bo miałam go na swoim profilu, skąd szwedzki u Ciebie? 🙂

Flirt ze szwedzkim miałam na studiach, gdy szukałam swojej drogi zawodowej. Wpadłam wtedy na pomysł, że fajnie byłoby do swojego CV móc wpisać oprócz dwóch popularnych języków, także język dużo mniej popularny. Rozszerzyć swoje możliwości jako tłumacz. Szybko jednak się przekonałam, że tak to nie działa. Aby być dobrym tłumaczem, trzeba naprawdę głęboko siedzieć w danym języku. Rozdrabnianie się na kilka wcale nie jest dobrym pomysłem. Ale nie żałuję tej przygody, bo ja uwielbiam języki obce, co chyba po przeczytaniu tego wywiadu, nie powinno Was dziwić:)

Bardzo się cieszę, że miałam ten przywilej porozmawiać z Justyną. Czytając go poczułam ulgę, nie wiem czy wy też? Myślę, że czytając takie historie jak ta można mieć przekonanie, że jak podejdziemy do tematu z luzem i bez presji, ale za to z wielką pasją to już połowa sukcesu 😉

Zapraszam do śledzenia English Speaking Mum na Instagramie, Facebooku i oczywiście do zaglądania na bloga.

Na koniec największy prezent od English Speaking Mum na świąteczny czas to darmowy ebook ,,Możesz nauczyć swoje dziecko angielskiego”, polecam z całego serca!

6 narzedzi do uczenia ang w domu

0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *